środa, 26 października 2011

GREY'S ANATOMY Season 7: CYTATY



Z JEDNYM UDERZENIEM SERCA MOŻE ZMIENIĆ SIĘ CAŁE TWOJE ŻYCIE


Nawiązując do tego, co pisałam podsumowując ubiegły sezon Grey’s Anatomy (Chirurdzy), finał który zmienił wszystko w dotychczasowym życiu bohaterów serialu stał się szkieletem, na którym zbudowano nowy sezon. Z zaciekawieniem obserwujemy więc zmagania ocalałych lekarzy ze szpitala Seattle Grace Mercy West ze zniszczeniami jakie pozostawiły w nich samych tragiczne wydarzenia dwóch ostatnich odcinków szóstej serii. Obserwujemy umacnianie się lub całkowity rozpad związków i przyjaźni, upadek i wycofanie emocjonalne dotychczas silnych jednostek. Pojawiają się nowe tajemnice, sekrety, nowe problemy. Nie wiadomo tak naprawdę, kto w pełni otrząsnął się z tragedii i powrócił do tego co było, a kto jej skutki stłumił głęboko w sobie, gdzie tylko czekają na odpowiedni moment by wybuchnąć. Jedno jest pewne… dla żadnego z tych ludzi nic już nigdy nie będzie takie samo.

Sezon siódmy zdecydowanie należał do sezonów spokojnych, podążających do przodu miarowym, jednostajnym tempem. Przypomina to powolne wychodzenie z letargu, gdzie na początku lekarze żyjąc z dnia na dzień, od operacji do operacji, od terapii do terapii, próbują dopasować się do kierunku i tempa jakim podąża ich życie po przeżytej tragedii. Kiedy już stają na własnych nogach i chwytają swoje życie za rogi, przyspieszają, zmieniają się, nabierają sił, przechodzą osobiste porażki i traumy, ale już zupełnie inne, od których udało im się z tak wielkim wysiłkiem uciec. Aż w końcu… aż w końcu następuje finał.

I tu dzieje się rzecz zadziwiająca. Bo o ile w zeszłym sezonie śmierć faktycznie przechadzała się korytarzami szpitala, dosłownie eliminując kolejnych bohaterów i zadając bolesne obrażenia innym, teraz przybrała inną formę. W finalne siódmej serii umierają związki, przyjaźnie, życia docierają do martwego punktu i nagle wszystko wokół się sypie. Nielicznym udaje się wyjść z tej sytuacji z uśmiechem na twarzy, z kochającą osobą u boku. Pozostali muszą stawić czoła zimnej pustce, samotności – a kto wie, ile zajmie im dojście do siebie po takiej tragedii.

Sezon siódmy zaowocował także dwoma odcinkami zdecydowanie odstającymi do utartego schematu realizacji i gatunku. W pierwszym z nich, życie lekarzy pokazane jest oczami ekipy telewizyjnej realizującej dokument w 6 miesięcy po wydarzeniach z finału szóstej serii. Sprawnie zmontowany, bogaty w ciekawe ujęcia i motyw przewodni, ostatecznie robi bardzo pozytywne wrażenie. Drugi odcinek zrealizowany został w formie musicalu. Dziwnie jest po tylu sezonach widzieć dobrze znanych bohaterów rozśpiewanych (i to całkiem dobrze) podczas traumatycznego wydarzenia będącego centralnym punktem odcinka i początkiem ciekawego wątku dla trójki bohaterów. Mimo wielu obaw ze strony fanów twierdzących, iż nie podoba im się kierunek w jakim podążają scenarzyści, wątek śpiewania został tak wpleciony w odcinek, że nie tylko nie dziwi, ale wręcz pasuje do fabuły. Bo przecież na granicy życia i śmierci, można nie tylko śpiewać. Odcinek musicalowy jest tutaj swoistym ukłonem w stronę broadwayowskiej aktorki Sary Ramirez odtwarzającej w serialu rolę szefa ortopedii Callie Torres.

Na końcu tego postu posłuchać można jednej z piosenek z odcinak musicalowego zaśpiewanego przez Sarę Ramirez i dwie inne aktorki serialu. Myślę, że jej tekst idealnie podsumowuje cały sezon siódmy…



-----------------------------------------------------------------------
GREY'S ANATOMY
SEZON 6 - CYTATY
-----------------------------------------------------------------------




Każda komórka ludzkiego ciała odnawia się średnio raz na siedem lat. Jak węże, na swój własny sposób zrzucamy naszą skórę. Pod względem biologicznym jesteśmy całkiem nowymi ludźmi. Możemy wyglądać tak samo. I zapewne tak jest. Zmiana nie jest widoczna, przynajmniej u większości z nas. Ale nie da się ukryć, że jesteśmy odmienieni. Całkowicie. Na zawsze.

Mówiąc, że ludzie się nie zmieniają doprowadzamy naukowców do szału, ponieważ to właśnie zmiana jest jedyną częścią stałą w całej nauce. Energia. Materia. Te dwie rzeczy zawsze się zmieniają, łączą się, rosną i wreszcie obumierają. To fakt, że ludzie starają się nie zmieniać jest czymś nienaturalnym. Sposób, w jaki kurczowo trzymamy się tego co było, zamiast pozostawić to takim, jakim jest. Sposób, w jaki pielęgnujemy dawne wspomnienia zamiast tworzyć nowe. I to, jak upieramy się wierzyć, że nic w życiu nie jest wieczne, mimo tego, co powtarzają nam naukowcy. To właśnie jest nienaturalne. Zmiana jest naszą stałą. Sposób, w jaki ją odczuwamy zależy od nas. Może być dla nas równie bolesna jak śmierć albo być drugą szansą na nowe życie. A jeśli rozluźnimy nasze palce, otworzymy pięści i damy ponieść się tym zmianom, poczujemy przypływ czystej adrenaliny – zupełnie jakby szansa na nowe życie mogła pojawić się na każdym kroku. Jakbyśmy mogli rodzić się wciąż na nowo.


Mówi się, że piorun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce, ale to mit. Nie zdarza się to zbyt często głównie dlatego, że zazwyczaj piorun uderza raz a dobrze. Trafiony trzydziestoma tysiącami amperów prądu, możesz być pewien, że to poczujesz. Dotkliwie. Możesz zapomnieć, kim jesteś. Piorun może cię poparzyć, oślepić, zatrzymać twoje serce. Może spowodować rozległe obrażenia wewnętrzne. I jak na coś, co trwa zaledwie jedną milisekundę, może zmienić twoje życie na zawsze.


Czy to możliwe, że czasami miłość zwyczajnie już nie wystarczy by przetrwać? Czy to możliwe, że dwoje ludzi naprawdę się kocha, a jednak niewystarczająco mocno?


Nikt nie wybiera bycia dziwolągiem. Większość ludzi nawet nie zauważa, że nimi są dopóki nie jest za późno by się zmienić. Ale niezależnie od tego jak dziwny jesteś, zawsze istnieje szansa, że gdzieś tam czeka ktoś wprost stworzony dla ciebie. Oczywiście pod warunkiem, że ten ktoś nie ruszył już ze swoim życiem do przodu… Bo jeśli chodzi o miłość… cóż, nawet dziwolągi nie będą czekać wiecznie.


To biologia w większości określa sposób, w jaki żyjemy. Już od momentu urodzenia wiemy jak oddychać i jak jeść. W miarę dorastania do głosu dochodzą nowe instynkty. Zaczynamy bronić naszego terytorium, uczymy się rywalizować, szukamy schronienia... I co najważniejsze: rozmnażamy się. I właśnie wtedy, biologia może nas zwyczajnie wystawić do wiatru. Tak. Biologia bywa zupełnie pozbawiona sensu.

Biologia określa to kim jesteśmy od dnia naszych narodzin. Nasze DNA jest niczym kamień. Solidne. Niezmienne. Chociaż nie tylko ono odpowiada za nasz całokształt. Nie tylko ono tworzy z nas człowieka. To życie nas kształtuje. Zmienia nas. Sprawia, że nabywamy nowe cechy, jesteśmy mniej zaborczy o nasze terytorium, zaczynamy rywalizować. Życie każe nam uczyć się na własnych błędach i stawiać czoła naszym największym lękom. Z lepszym lub gorszym skutkiem, na wszystkie możliwe sposoby staramy się być czymś więcej niż tylko samą biologią. Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że w szale wprowadzania zmian dojdziemy do punktu, gdzie nie będziemy już w stanie rozpoznać samych siebie. A powrót może okazać się niemożliwy. I nie pomoże nam mapa, ani kompas. Jedyne, co możemy wtedy zrobić to zamknąć oczy i wykonać krok w nadziei, że kiedyś tam dotrzemy.


Przełomy nie następują dzięki medycynie. Prawdziwe przełomy następują, ponieważ ktoś jest zbyt przerażony, by przestać próbować osiągnąć sukces.


Wszyscy chcemy dorosnąć. I jest w tym nutka desperacji, kiedy korzystamy z każdej nadarzającej się okazji by poczuć, że żyjemy. Jesteśmy tak bardzo skupieni na wydostaniu się z tego życiowego bałaganu, że nie mamy nawet czasu na chwilę zadumy. Nie mamy czasu pomyśleć, że ta upragniona dorosłość może być wypełniona lodowatą pustką. Bo widzicie, czasem dorastanie wiąże się z opuszczeniem bliskich ci osób. I choć osiągniemy upragniony cel, samodzielni możemy być bardzo samotni.


Bezustannie wszyscy szukamy odpowiedzi. W medycynie. W życiu. Wszędzie. Bywa, że odpowiedzi, których szukamy, kryją się tuż za rogiem. Czasami odnajdujemy je nie zdając sobie nawet sprawy, że ich szukaliśmy. Zdarza się też, że odpowiedzi mogą nas kompletnie zaskoczyć. I wreszcie, czasami, kiedy już uzyskamy odpowiedź na pytanie, które nas dręczyło okazuje się nagle, że zostajemy z mnóstwem zupełnie nowych pytań…


Ludzkie ciało jest niezwykle hermetycznym systemem. Ciśnienie krwi określa siłę, z jaką krew krąży i pulsuje w żyłach. I należy dbać by ciśnienie to było uregulowane. Niskie ciśnienie może powodować osłabienie lub omdlenia. Prawdziwe problemy pojawiają się, gdy ciśnienie jest za wysokie. Jeśli nadciśnienie wciąż się utrzymuje, należy przeprowadzić serię badań. Tak, wysokie ciśnienie to najlepsza wskazówka, że w naszym życiu dzieje się bardzo źle.

Każdy system poddawany wysokiemu ciśnieniu potrzebuje swojego zaworu spustowego. Musi być jakiś sposób na odreagowanie stresu, napięcia, zanim stanie się ono zbyt wielkim ciężarem. Musi być jakiś sposób, na odnalezienie ulgi, ponieważ jeśli ciśnienie nie ma drogi ujścia, prędzej czy później samo ją sobie znajdzie. Wybuchnie. To napięcie, jakiemu siebie poddajemy jest najcięższym do zniesienia. Ciśnienie by być coraz lepszym. Lepszym niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić. To ciśnienie, to napięcie nigdy nas nie opuszcza. Wciąż tylko narasta i narasta.


Pod osłoną ciemności ludzie potrafią zrobić rzeczy, o jakich za dnia nawet by nie pomyśleli. Podjęte decyzje wydają się mądrzejsze. Ludzie wydają się dojrzalsi. Ale kiedy nastaje poranek, musimy ponieść odpowiedzialność za wydarzenia minionej nocy. Tak, w bezlitosnym świetle dnia musimy stawić czoła samym sobie.


Pierwsze 24 godziny po operacji są najważniejsze. Każdy twój oddech, każdy płyn, jaki wydzielasz jest skrupulatnie rejestrowany i analizowany, świętowany lub opłakiwany. Ale co z kolejnymi 24 godzinami? Co jeśli ten pierwszy najważniejszy dzień zamieni się w dwa, a dwa dni w tygodnie. Co jeśli te tygodnie zamienią się w miesiące? Co dzieje się, kiedy największe zagrożenie mija, maszyny zostały odłączone, a zespół lekarzy i pielęgniarek odszedł? Operacja jest momentem twojego ratunku, ale powrót do zdrowia następuje już po zabiegu. Co jeśli jednak tak się nie dzieje?

Celem każdej operacji jest pełen powrót do zdrowia pacjenta. Osiągnięcie stanu lepszego niż przedtem. Niektórzy pacjenci zdrowieją szybko odczuwając niemalże natychmiastową poprawę. Dla innych proces zdrowienia następuje stopniowo – i mogą minąć miesiące lub nawet lata zanim ból w pełni zniknie. Więc tak naprawdę największym wyzwaniem po każdej operacji jest być cierpliwym. A jeśli przetrwasz pierwsze tygodnie i miesiące walki, jeśli uwierzysz, że możesz wyzdrowieć, wtedy istnieją bardzo duże szanse, że odzyskasz swoje dawne życie. Ale nikt nie jest w stanie zagwarantować, że tak się właśnie stanie.


Obiegowa opinia głosi, że medycyna to nauka. Osobiście uważam jednak, że to także sztuka. Lekarze, którzy postrzegają medycynę jedynie, jako naukę – wierz mi, nie chcesz ich przy sobie, kiedy twoje krwawienie nie chce ustać lub, gdy twoje dziecko krzyczy z bólu. Lekarze kliniczni trzymają się podręcznikowych metod leczenia, artyści zaś kierują się instynktem. Możesz być pewien, że lekarze artyści będą współdzielić twój ból i będą gotowi posunąć się do ekstremalnych rozwiązań, żeby go powstrzymać. Ekstremalne rozwiązania. To właśnie tu kończy się nauka, a zaczyna sztuka.


Ludzie mają niezwykle romantyczne podejście do rzeczy, które dopiero co zaczynają się w ich życiu. Świeży początek, czysta karta, milion możliwości. Jednak niezależnie od tego, jaką przygodę rozpoczynają, wciąż pozostają sobą. Wnoszą cząstkę siebie w każdy nowy początek, więc co tak naprawdę ma się tym razem zmienić?

Wszyscy tego pragniemy, prawda? Druga szansa, nowy początek, czysta karta. Zupełnie jakby tym razem miało być łatwiej. Zapytajcie o zdanie faceta, który wtacza głaz pod górę. Nie ma nic prostego w zaczynaniu od nowa. Absolutnie nic…


Nic nigdy nie idzie po naszej myśli.


Lekarze na każdym kroku uciekają się do kłamstw. Podajemy niejasne odpowiedzi na trudne pytania. Informując o pooperacyjnym bólu, mówimy coś w stylu: "Poczuje pan niewielki dyskomfort". Jeśli pacjent nie umrze, powiemy mu, że operacja zakończyła się sukcesem. Placebo jednakże jest największym z lekarskich kłamstw. Połowie z pacjentów faktycznie mówimy prawdę… jeśli zaś chodzi o drugą połowę, pozostaje nam modlić się, że efekt placebo rzeczywiście działa. Wmawiamy sobie, że naprawdę poczują się lepiej, pozwalając im wierzyć, że pomoc nadeszła, a ich cierpienia dobiegły końca. W rzeczywistości jednak, zostawiamy ich na pewną śmierć.

Lekarze uczą się kłamać każdego dnia – wobec swoich pacjentów i wobec ich rodzin. Najbardziej jednak okłamujemy samych siebie. Może właśnie dlatego tak długo czasu zajmuje nam zrozumienie, że prawda była tuż przed nami przez cały czas.


Wszystko w moim życiu to porażka. A nie chcę, żeby tak było. Dlatego boję się poruszyć, boję się oddychać. Boję się zrobić cokolwiek!


Jedną z najtrudniejszych rzeczy do osiągnięcia w pracy lekarza jest umiejętność segregowania rzeczy pod względem ich ważności. Nauczono nas robienia wszystkiego, co w naszej mocy by ratować życie… czy choćby kończynę. Ale jeśli amputacja kończyny oznacza ocalenie życia zrobimy to bez wahania. To nie jest prosta rzecz do osiągnięcia i niemal zawsze sprowadza się do jednego pytania: "Jaka jest stawka?". Ile możemy zyskać lub stracić? Chcąc nie chcąc kończymy jako hazardziści starający się nie przegrać wszystkiego.

Chirurgia jest grą wysokiego ryzyka i niezależnie od tego, jak wysoko będzie obstawiana, prędzej czy później będziesz musiał posłuchać swojego instynktu. A wtedy może… może twój instynkt zaprowadzi cię dokładnie tam, gdzie powinieneś być.


Ile właściwie możesz osiągnąć w jedną godzinę? Możesz załatwić jakąś sprawę, utknąć w korku, wymienić olej… Jeśli się nad tym zastanowić, godzina to bardzo niewiele czasu. Sześćdziesiąt minut, trzy tysiące sześćset sekund. Tyle. W medycynie jednak, godzina bywa często wszystkim, co masz. Nazywamy ją złotą godziną. To magiczny czas, podczas którego rozgrywa się bój o życie pacjenta…

Godzina. Jedna godzina może zmienić wszystko na zawsze. Godzina może ocalić twoje życie. Może je nieodwracalnie zmienić. Czasami godzina jest dla nas darem z niebios. Dla niektórych może nie znaczyć zupełnie nic. Dla innych jedna godzina może być wszystkim, co mają. Ale ostatecznie, godzina to tylko… godzina. Jedna z wielu, które jeszcze nadejdą. Sześćdziesiąt minut, trzy tysiące sześćset sekund. Tyle. Koniec jednej rozpoczyna następną. I tak w kółko. A kto wie, co przyniesie następna?


W naszej pracy zawsze staramy się pamiętać o odpowiedzialności spoczywającej na nas. Problem jednak polega na tym, że poza pracą zupełnie o niej zapominamy. W prywatnym życiu, nie jesteśmy w stanie spokojnie przemyśleć pewnych rzeczy. Nie potrafimy podjąć racjonalnych decyzji. Przecież robiliśmy to przez cały dzień w pracy i tak naprawdę nie mamy sił na nic innego, kiedy zostajemy sami ze sobą. Więc czy naprawdę warto być odpowiedzialnym? Bo przecież, jeśli będziemy pamiętać o zażywaniu witamin, płaceniu podatków i o nie przekraczaniu granic, świat i tak podaruje nam osoby, które będziemy mogli kochać… i którym prędzej, czy później pozwolimy prześlizgnąć się przez nasze palce, niczym woda. I co nam wtedy pozostanie? Witaminy i… nic więcej.


Renegaci, Łamacze reguł, Gangsterzy ze skalpelami. Lubimy tak o sobie myśleć. Pozwala nam to poczuć się twardzielami, seksownymi. Problem w tym, że to nie jest do końca prawda. W głębi duszy, jesteśmy łagodnymi owieczkami postępującymi zawsze według zasad. Ściśle trzymamy się ustalonych wytycznych. Nie łamiemy protokołu, bo w przeciwnym wypadku, nasi pacjenci zaczęliby umierać. A wtedy na pewno nie bylibyśmy już twardzielami. Bylibyśmy po prostu źli.

To dylemat każdego lekarza. Zachować bezpieczeństwo postępując według zasad, czy zaryzykować i stworzyć własne zasady? Ryzyko może prowadzić do zwycięstwa, ale też i do sromotnej porażki, za którą ciągną się poważne konsekwencje. Od czasu do czasu nie masz innego wyjścia, jak tylko ominąć system. Odważnie postawić na jedną z możliwości. A kiedy już osiągniesz zamierzony efekt – nie ma nic lepszego od uczucia zwycięstwa. Ale co jeśli jednak przegrałeś…?


Mózg jest najbardziej tajemniczym organem ludzkiego ciała. Uczy się, zmienia, dostosowuje. Mówi nam co widzimy lub co słyszymy. To dzięki niemu odczuwamy miłość. Osobiście myślę również, że to w nim mieszka nasza dusza. I niezależnie od tego, jak dogłębnie go analizujemy, nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak pracuje ta delikatna substancja szara w naszej czaszce. A kiedy ucierpi… kiedy ludzki mózg ulega uszkodzeniu… Cóż, wtedy robi się jeszcze bardziej tajemniczo.


Jeśli znasz jakiś powód… jakikolwiek powód, dlaczego świat jest taki popieprzony, chaotyczny i wredny… To proszę wyjaw mi go teraz, bo desperacko potrzebuję odpowiedzi.


Ciało, które przeszło traumę bywa niezwykle kruche. Czas reakcji jest tutaj decydujący. Nagle otacza cię cała masa ludzi – lekarze, pielęgniarki, specjaliści, rehabilitanci – chirurgia jest sportem zespołowym. Wszyscy zmierzają do mety, na której czeka twoje zdrowie. Operacja jednak sama w sobie jest traumą. Dopiero po jej zakończeniu rozpoczyna się gojenie ran. Nazywamy to rekonwalescencją, a rekonwalescencja w żadnym wypadku nie jest sportem zespołowym. To długodystansowy bieg w pojedynkę. Długi, wyczerpujący i… samotny jak cholera.

Czas rekonwalescencji zależy od stopnia obrażeń i niestety nie zawsze kończy się sukcesem. Nieważne, jak bardzo się staramy, niektóre rany nigdy w pełni się nie zagoją i jesteśmy zmuszeni przystosować się do zupełnie nowego życia. Mogą nastąpić nieodwracalne zmiany, które uniemożliwią powrót do tego, co było kiedyś. Możesz nie poznać samego siebie i żyć ze świadomością, że rekonwalescencja nie przyniosła nawet najmniejszego efektu. Stajesz się całkowicie nową osobą, z całkowicie nowym życiem do przeżycia.


Nasze organizmy żyją w ciągłym zagrożeniu. Choroby, zarazki, toksyny… czyhają tuż pod powierzchnią naszej skóry. Ukryte. Niezależnie od tego, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie, twoje ciało bezustannie się broni. Każde mrugnięcie oka usuwa tysiące niepożądanych mikrobów. Wdychanie zbyt dużej ilości pyłków wywołuje kichanie. Organizm doskonale wie, kiedy zostało zaatakowane. Wykrywa intruza, uwalnia białe krwinki… I atakuje.


Nie potrzebujesz prawa, czy księdza, żeby twój ślub był prawdziwy. A kościół może być wszędzie, gdzie tylko chcesz. Na polu, w górach, w pokoju, w którym właśnie przebywasz. Bo jak myślisz, gdzie jest Bóg? Bóg jest w tobie! Bóg jest we mnie. Właśnie tu, między nami. Kościołowi pozostała jeszcze długa droga do odnalezienia prawdziwego Boga. Teraz nie dorasta mu do pięt. Może nigdy nie dorośnie. Trudno. Ale jeśli jesteś gotowa stanąć przed wszystkimi swoimi przyjaciółmi, rodziną, Bogiem i zawierzyć swoje życie drugiemu człowiekowi, jeśli jesteś gotowa w pełni odpowiedzialnie wejść w związek, na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie… to właśnie jest małżeństwo. To jest prawdziwe i tylko to tak naprawdę się liczy.


W momencie, kiedy wydaje nam się, że zdołaliśmy rozwikłać zawiłości tego życia, wszechświat rzuca nam podkręconą piłkę. Musimy więc improwizować. Odnajdujemy szczęście w nieoczekiwanych miejscach. Odkrywamy to co jest dla nas najważniejsze. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że wszechświat zawsze dba, byśmy wylądowali dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.


Wszyscy słyszeliśmy to powiedzonko. Dostosuj się lub giń. Ale nie ma nic prostego w dostosowywaniu się. Jesteś zmuszony walczyć z konkurencją i odpierać jej ataki, a czasem – nawet zabić. Robisz wszystko co w swojej mocy, żeby przetrwać.

Dostosuj się lub giń. Nieważne ile razy już to słyszeliśmy, i tak jest ciężko osiągnąć pożądany cel. Problem w tym, że jesteśmy ludźmi. Chcemy od życia czegoś więcej, niż tylko przetrwać. Pragniemy miłości. Chcemy odnieść sukces, być jak najlepsi w tym co robimy. Więc robimy co się da, żeby to osiągnąć. W przeciwnym razie, równie dobrze możemy położyć się i umrzeć.


Derek: Jakim cudem nie odróżniasz dobra od zła?
Meredith: Nie uważam, że tak łatwo można określić, co jest dobre a co złe. To jest bardziej skomplikowane.


Zawsze mówiłam, że będąc sama będę najszczęśliwsza. Mam przecież swoją pracę, przyjaciół. Ale mieć kogoś na stałe w swoim życiu? Za dużo z tym zachodu… Ale cóż, najwyraźniej zmieniłam zdanie.

Nie bez powodu mówiłam o szczęściu w samotności. Nie dlatego, że myślałam, iż żyjąc samotnie będę szczęśliwa. Przeciwnie, myślałam, że jeśli kogoś pokocham i nic z tego nie wyjdzie, nie będę w stanie tego przeżyć. Łatwiej jest być samemu. Ponieważ, co jeśli zrozumiałeś, że pragniesz miłości, a potem jej nie doświadczasz? Co jeśli miłość sprawia ci przyjemność… Polegasz na niej… Co jeśli zbudowałeś całe swoje życie wokół niej… a potem nagle się rozpada? Czy można w ogóle coś takiego przeżyć? Utrata miłości jest jak poważne uszkodzenie ciała. Jak śmierć. Różnica jednak polega na tym, że śmierć jest końcem cierpienia, a ból po utracie miłości może trwać wieczność.






Grace
Sara Ramírez (Callie Torres)
Sarah Drew (April Kepner), Chyler Leigh (Lexie Grey)

Życie rzuciło mnie na kolana
I nie pozostało mi nic poza wspomnieniami


Jeszcze nie wiem jak, ale wyjdę z tego
Poskładam siebie powoli w całość

Nie mam dokąd uciec, więc chroń mnie proszę
Bo wszystko wokół wydaje się takie nierzeczywiste


Nic nie przychodzi łatwo
Pomóż mi wypełnić tę pustkę
Nic nie jest takim, jakie się wydaje
Proszę, w łaskę obróć mój żal

Czuję chłód, wszechogarniającą samotność
Jakbym nie była już z tego świata

Ale niezależnie od tego co się wydarzy
Ja nie zniknę, choć wiem, że mogę się zmienić

Niestety nic nie przychodzi łatwo
Więc pomóż mi wypełnić tę pustkę
Nic nie jest takim, jakie się wydaje
Proszę, w łaskę obróć mój żal

Nic nie przychodzi łatwo
Nawet nie wiem od czego miałabym zacząć
Nic nie jest w stanie przywrócić mi spokoju
Straciłam wszystko
I jedyne czego chcę, to znaleźć się w Twoich ramionach...



:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz